O Centrum Kultury w samych superlatywach

Rozmowa z Andrzejem Krupczyńskim, byłym dyrektorem świętującego w tym roku 40-lecie Centrum Kultury w Krynicy-Zdroju, dziennikarzem radiowym, piosenkarzem, aktorem.

Po 22 latach dyrekcji Stefana Sopaty objął Pan stanowisko dyrektora Centrum Kultury w Krynicy-Zdroju, kierując tą placówka w latach 1999-2002. Jak to się stało, że Pan, dziennikarz z Nowego Sącza, zdecydował się objąć to stanowisko?

- Andrzej Kotlarz namówił mnie abym startował w konkursie na dyrektora, który właśnie był ogłoszony. A że byłem człowiekiem niezmiernie walecznym postanowiłem spróbować. Lubię takie przedsięwzięcia, bo przecież trzeba się zastanowić, opracować koncepcję działania. A Krynica, to jest ze wszechmiar wyjątkowe miejsce. Bo to i specyficzny klimat i specyficzni ludzie: od mieszkańców, poprzez tych, którzy tu z całej Polski przyjeżdżają się leczyć. Każdy z nich ma swój pogląd na życie, co tworzy często mieszaninę wybuchową. Za moich czasów tak wiele się nie działo w Krynicy, bo rozmach imprez, które się teraz odbywają w Krynicy  jest zachwycający. Dawniej aż tak cudownie nie było, bo to niestety wiąże się z funduszami, ale też z tradycjami, które jeszcze wtedy były mocno zakorzenione, będące wręcz ortodoksyjnym myśleniem.

Co na przykład?

- No, choćby, że jak festiwal jest muzyki klasycznej to tylko ta muzyka może być wykonywana w ramach tej imprezy. Wszystko było wtedy inne. Powiodło mi się w tym konkursie. Było to za rządów burmistrza Golby, którego bardzo cenię, bo też to właśnie on był wówczas gwarantem tego, że w Krynicy, coś interesującego będzie się działo. Poza tym, w Krynicy jest coś, co powoduje, że miasto tak pociąga. To nieprawdopodobne miejsce, z taką tradycją, z taką legendą, że być tam w środku, funkcjonować i coś dla Krynicy zrobić, to wielka sprawa. Krótko byłem, niewiele zrobiłem, ale zawsze coś się udało.  Dziś żałuję, że tak szybko odszedłem.

Za Pana czasów przede wszystkim odrodził się w Krynicy teatr.

- Trochę to sobie poczytuję za swoje działania, bo sam jestem wielkim zwolennikiem teatru. Zawsze teatr mnie interesował i szczęśliwie się zdarzyło, że jestem posiadaczem papierów zawodowych, które zdobyłem nie w szkole teatralnej, tylko na estradzie. Trafiłem tu w Krynicy na super grunt, że wspomnę Andrzeja Kotlarza, Wieśka Turka, to  ci którzy z teatrem zostali związani, co prawda najpierw przez kabaret, ale jak wiadomo  od kabaretu do teatru jest niedaleko. Wystarczy zagrać komedię i z kabaretu robi się teatr. Zaczęliśmy się bawić w teatralne rzeczy.

Zrodził się teatr lalkowy, teatr dla dzieci…

- Właśnie o to chodzi. Zrobiliśmy wtedy konkurs teatrów szkolnych, który trwa do dziś. Teatr lalkowy powstał, choć początki były trudne. Teatr złożony z instruktorów, czyli dorosłych ludzi, a bawiliśmy się cudownie. Graliśmy dla dzieci sztukę „Zwierzyniec” i zabawa była przednia. Wcielaliśmy się w postaci zwierząt z wielkim zaangażowaniem. Reżyserował nie żyjący już dziś Andrzej Horoszkiewicz. Zresztą on był takim naszym guru. Obdarzony wielką wiedzą teatralną przyjeżdżał do Krynicy i spędzał z nami na rozmowach sporo czasu. Wybitny specjalista od teatru lalkowego. Nie wszyscy pamiętają, że kiedyś w Nowym Sączu był wspaniały teatr lalkowy. Wielu jego członków już nie żyje. Andrzej działał w tym teatrze, był jednym z nich. Aktorzy tam sami robili też lalki, które były przepiękne, bardzo realistyczne. Robili nawet marionetki, a więc bardzo trudne lalki do obsługi. Andrzej nauczył nas wielu rzeczy i zafascynował teatrem lalkowym.  Cieszę się, że była możliwość w Krynicy realizacji takich wspaniałych przedsięwzięć. Nie wszystko się udało przeprowadzić, ale było sympatycznie za zasługą tamtejszych ludzi. Agata Broniszewska pomagała nam bardzo w scenografii i w przedsięwzięciach plastyczno-artystycznych. Potencjał krynicki był wtedy duży, można było zrobić wszystko. I ciągle mam niedosyt, że może za wcześnie z Krynicy odszedłem.

Część II rozmowy:

Jako dyrektor Centrum Kulturyw latach 1999-2002, przez dwie edycje był Pan dyrektorem organizacyjnym Festiwalu im. Jana Kiepury w Krynicy-Zdroju. Dzięki temu współpracował Pan z Bogusławem Kaczyńskim. Jak dziś Pan to wspomina?

- Było to niezwykłe zderzenie z wielką osobowością. Pan Bogusław Kaczyński był człowiekiem wielkiej wiedzy, wielkiej kultury i to, co wiedział, co mówił i co potrafił zorganizować było imponujące. Był człowiekiem niezwykle wymagającym i dosyć impulsywnym. Wielokrotnie trzeba było go przepraszać, nawet za sprawy, które nie my zawiniliśmy. Ale tak było. Jeździliśmy za nim jak te satelity, aby z nim porozmawiać, ustalić, zaplanować. Niemniej byłem bardzo zachwycony współpracą z taką postacią, ale też bardzo onieśmielony. W pewnym momencie pan Bogusław poklepał mnie po plecach i zrozumiałem, że nie jest źle chłopie i róbmy tak dalej. I zrobiliśmy razem te festiwale, które znacznie zaczęły się różnić od tych poprzednich.

Mimo że Bogusław Kaczyński był zafascynowany klasyką, operą i operetką, po praz pierwszy na festiwalu odbył się koncert pop: zaśpiewała Edyta Górniak. Jak do tego doszło?

Nie wiem. Też byłem zaszokowany. Podobnie zresztą jak publiczność, która kojarzyła Bogusława Kaczyńskiego z pięknymi ariami. A tu nagle pojawia się gwiazda pop. Nic nie można powiedzieć złego o jej wokalistyce, ale muzyka która zaprezentowała była nie z tej bajki. Było to ogromne przedsięwzięcie. Kosztowało to – co już mogę zdradzić – tyle co dwa przedstawienia operowe. Przyjechała ze swoimi muzykami, techniką i obsługą. W tej chwili takie pieniądze już nie szokują, ale wtedy.... Przedsięwzięcie było nowatorskie i później zaczęły się pojawiać w programie festiwalu tego typu koncerty. Był to świetny pomysł. O to przecież chodzi, aby pokazać, że muzyka jest jedna.

Okazało się, że Krynica jest gotowa na przyjęcie i takich gwiazd.

- Tak. Choć wymagania artystki były ogromne. Jedna z naszych dziewczyn z Centrum Kultury musiała stać z włączonym żelazkiem przez półtorej godziny. Wynajęta fryzjerka siedziała przy scenie cały czas gotowa do poprawienia fryzury itd. Co tu dużo mówić Edyta Górniak, była gwiazdą wielkiej estrady i wszystkie jej wymagania musieliśmy spełnić.

Po Centrum Kultury w Krynicy-Zdrój objął Pan funkcję, którą piastuje Pan do dziś,dyrektora Gminnego Ośrodka Kultury w Gródku nad Dunajcem, ośrodka  który sprawuje nadzór nad licznymi oddziałami…

… to jest Dom Kultury w Rożnowie, świetlice w Roztoce-Brzezinach, Bartkowej, Jelnej i od dwóch lat w Przydonicy. Nie ukrywam, że nalegałem aby się tworzyły te małe oddziały, bo gmina jest bardzo rozłożysta, prawie wokół jeziora.

Jakie są podobieństwa i jakie są różnice w kierowaniu tymi dwoma placówkami, w Krynicy i w Gródku?

- W Krynicy mogłem się zajmować kulturą i jej promocją. Tutaj jestem człowiekiem orkiestrą. Zajmuje mnie kultura sport, turystyka, agroturystyka, co zmusiło mnie do jeżdżenia na targi po całej Polsce. Nauczyło mnie to też wielu rzeczy, jak choćby przygotowywania projektów unijnych, których rozmach często przerasta człowieka. Zaprocentowało to, że wiele w życiu robiłem. A poza tym zawsze miałem, i w Krynicy, i tutaj fantastycznych współpracowników, którym się chciało. Bo w kulturze nie ma ośmiu godzin pracy, tylko pracuje się cały czas. Jak przychodzi sobota, czy niedziela, to ludzie kultury mają najwięcej pracy.

Centrum Kultury w Krynicy-Zdroju obchodzi w tym roku 40-lecie działalności. Czego by Pan życzył tej placówce?

- Przede wszystkim, aby Centrum Kultury kwitło tak wspaniale jak kwitnie. To, co się słyszy o tym ośrodku, to same superlatywy. Życzyłbym także, aby się dyrekcja nie zmieniała zbyt często. Bo częste zmiany nie służą instytucji. Kulturę można dobrze rozwijać w długich dystansach. I tego życzę.

Rozmawiała: Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz i Andrzej Kotlarz

Rozmawiała: Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz i Andrzej Kotlarz

Nasi partnerzy

Logo-Małopolska-V-RGB (2)   3      sokol_logo    kryniczanka_logo_2018_CMYK.PDF - Adobe Reader 2019-11-12 093453

LOGO FILHARMONIA         LogoPCK (1)            MGOK Logo        Projekt bez tytułu (37)